Connect with us

NFL

Poruszające

Published

on

Gala Mistrzów Sportu to jeden z tych wieczorów, kiedy dresy i trykoty lądują w szafie, a ich miejsce zajmują garnitury i wieczorowe suknie. Choć to głównie święto wyników i statystyk, dla wielu z nas to po prostu jedyna okazja, by zobaczyć idoli w wersji „bankietowej”. Plebiscyt „Przeglądu Sportowego” ma już blisko sto lat tradycji, co czyni go jednym z najstarszych tego typu konkursów w Europie. To nie jest zwykłe rozdanie nagród – to lista chwały, na której obok siebie stoją legendy przedwojenne i współczesne gwiazdy pokroju Igi Świątek czy Roberta Lewandowskiego.

Najważniejsi są tu jednak kibice. To ich głosy decydują o tym, kto zgarnie statuetkę Czempiona. Często nie wygrywa ten, kto ma najwięcej medali, ale ten, kto skradł serca fanów swoją walką do samego końca. Na tegorocznej gali oczy wszystkich szukały jednak kogoś wyjątkowego. Kuba Błaszczykowski, który pojawił się na imprezie z żoną, przypomniał wszystkim, że w sporcie liczą się nie tylko trofea, ale też klasa i charakter. Jego obecność zawsze budzi sentyment – w końcu to postać, która łączy pokolenia i jest symbolem skromności, mimo ogromnych sukcesów.

Gala to taki moment oddechu, gdzie poświęcenie i mordercze treningi zostają zamienione na brawa i prestiż. Dla młodych dzieciaków przed telewizorami to sygnał, że warto wstawać o piątej rano na trening, bo na końcu tej drogi czeka nie tylko podium, ale i szacunek całego kraju. To wieczór pełen emocji, który pokazuje, że polski sport ma się całkiem nieźle, a tradycja plebiscytu wciąż trzyma się mocno. Nie chodzi tylko o to, kto był najszybszy czy najsilniejszy, ale o to, kto stał się naszą narodową inspiracją w minionym roku.

Oczywiście z tej okazji przypomnijmy portret jednej z najczęściej nagradzanych sportowczyń- Justyny Kowalczyk.

Justyna Kowalczyk to był w polskim sporcie rzadki przypadek kogoś, kto nie szukał wymówek. Przez lata uczyła nas, że biegi narciarskie to nie tylko machanie kijkami, ale mordercza harówka, która nie wybacza słabości. Kiedy wchodziła na szczyt, polskie biegi w zasadzie nie istniały. Ona jednak, dziewczyna z Kasiny Wielkiej, postanowiła rzucić wyzwanie norweskiej potędze, mając za plecami ułamek ich budżetu. Jej karierę napędzała szorstka rywalizacja z Marit Bjørgen. To nie były miłe pogawędki na mecie, tylko regularna wojna na śniegu. Kowalczyk nie gryzła się w język – jako jedna z niewielu głośno mówiła o kontrowersjach związanych z lekami na astmę u rywalek. Dla jednych była kontrowersyjna, dla innych do bólu autentyczna. Nigdy nie próbowała być „ładna do kamery”, wolała być skuteczna na trasie.

Najbardziej mitycznym momentem jej drogi pozostanie złoto wywalczone ze złamaną stopą w Soczi. Każdy, kto choć raz uderzył się w palec u nogi, wie, jak to boli. Ona z wielowarstwowym złamaniem kości śródstopia przebiegła 10 kilometrów i zmiażdżyła konkurencję. To było czyste, sportowe szaleństwo, które pokazało, że dla niej bariera bólu właściwie nie istnieje. Kowalczyk to nie tylko medale, ale też cztery Kryształowe Kule i absolutna dominacja w Tour de Ski. Była maszyną do wygrywania, która po drodze nie zgubiła człowieka. Potrafiła otwarcie opowiedzieć o depresji i kosztach, jakie płaci się za bycie na szczycie. Dziś, gdy oglądamy biegi bez niej, widać jak na dłoni, że zostawiła po sobie gigantyczną pustkę. Była kimś, kto zamiast prosić o sukces, po prostu go sobie wyszarpał, idąc pod górę tam, gdzie inni dawno by zawrócili.

Jednak za tą fantastyczną karierą kryje się obraz tragedii w życiu prywatnym

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 UKfoxnews