NFL
Przez lata był najsilniejszym człowiekiem w Polsce. Sport, choć dał mu wielkie sukcesy, zniszczył jego zdrowie i psychikę ➡️
Leży przykuty do łóżka, ma za sobą kilka operacji, zagrożenie życia i próbę samobójczą. A przed laty był najsilniejszym człowiekiem w Polsce i dźwigał niebotyczne ciężary. — Tata marzy o tym, by jeszcze stanąć na nogi. Jest mu wstyd, że nie może sam pójść do toalety — mówi nam pan Michał, syn Tadeusza Rutkowskiego, dwukrotnego medalisty olimpijskiego, prosząc o pomoc.
Tadeusz Rutkowski już jako dziecko wiedział, że w przyszłości chce być jednym z najsilniejszych ludzi na świecie. W rodzinnym domu na przedmieściach Krakowa zawieszał na drągu dwa koła od wozu i wyciskał je w górę niczym sztangę. I tak w latach 80. stał się jedną z największych gwiazd polskiego sportu. Zdobył dwa brązowe medale igrzysk olimpijskich — w Montrealu (1976 r.) w wadze ciężkiej oraz cztery lata później w Moskwie, w wadze superciężkiej. Trzy raz stał też na podium mistrzostw świata.
Dziś ten sam człowiek, który jako pierwszy polski sztangista uzyskał 400 kilogramów w dwuboju (415 kg, które uzyskał w 1981 r., to wciąż szósty wynik w rankingu polskiego klubu “400-kilogramowców”) , leży przykuty do łózka. Sport, choć dał mu wielkie sukcesy, zniszczył jego zdrowie.
Wieloletnie treningi doprowadziły do bardzo poważnych uszkodzeń stawów. Wszystko zaczęło się sypać w 2019 r. Wtedy tata miał po raz pierwszy wszczepioną endoprotezę w kolano. W 2024 r. musiała zostać ona wymieniona, a po operacji doszło do powikłań. Tata zachorował na zachłystowe zapalenie płuc. Jego stan był ciężki, wystąpiła niewydolność krążeniowa oraz oddechowa — mówi nam Michał Rutkowski.
Po wyleczeniu choroby rana na kolanie pana Tadeusza dosłownie pękła, a w jej obrębie rozwinęło się zakażenie. Jego stan ponownie się pogorszył, a rehabilitacja została całkowicie wstrzymana. — Od października 2025 r. tata nie ma stawu kolanowego. Lekarze byli zmuszeni usunąć endoprotezę, która dosłownie się rozpadła. W to miejsce wprowadzono betonowy trzpień z antybiotykiem, który ma zapobiegać dalszemu zakażeniu — słyszymy.
Sport zniszczył nie tylko stawy, ale także psychikę wielokrotnego mistrza Polski, który przez lata dzierżył tytuł najsilniejszego polskiego ciężarowca. Pan Tadeusz zmaga się bowiem z chorobą afektywną dwubiegunową, która znacząco utrudnia mu codziennie funkcjonowanie. Pierwsze objawy pojawiły się już na początku lat 90., gdy zakończył karierę.
Tata leżał w łóżku, nie wiedząc, czym się zająć. Później zaczął jeździć na taksówce, bo tak naprawdę niewiele więcej umiał robić po tak długim czasie, gdy był w pełni skoncentrowany na sporcie. To był czas transformacji ustrojowej. Nikt nie zajmował się zawodnikami, nie było psychologów, opieki, fizjoterapeutów. Wielu kolegów mojego taty miało epizody depresyjne. A dodatkowo byli zmęczeni i wyeksploatowani latami startów — wyjaśnia pan Michał.
W Wigilię 1990 r. w domu państwa Rutkowskich doszło do dramatycznych wydarzeń. Mistrz, nie radząc sobie z mentalnym załamaniem, postanowił popełnić samobójstwo.
— Tata był pod wpływem leków psychotropowych, które dostał od lekarza. Próbował wyskoczyć przez okno z dziesiątego piętra. Stało się jednak coś niewyobrażalnego, bo zaczepił o antenę telewizyjną i wpadł na balkon do sąsiadki, która mieszkała piętro niżej. Niesamowite szczęście, że skończyło się tylko na pękniętej śledzionie. Problemy psychiczne jednak nie ustały, tata średnio raz na trzy miesiące był hospitalizowany w szpitalu psychiatrycznym. Opiekowała się nim mama, która zmarła w 2018 r. — opowiada syn legendy.
Chorobę udało się wyciszyć lekami dopiero w 2015 r. Od tego czasu Pan Tadeusz przestał trafiać do szpitala psychiatrycznego. Dziś nie może już ich brać, bo — jak stwierdzili lekarze — za mocno obciążają one serce.
— Zostawili mu tylko jeden, bo jeśli będzie je brać, to po prostu umrze z powodów kardiologicznych. A tata i tak ma już przerost lewej komory serca. Dowiedziałem się od jednego ze specjalistów na kardiologii, że to nagminne u sportowców wyczynowych, bo intensywne treningi powodują rozrost komory, a później ona flaczeje — słyszę.
— A pytał pan tatę, czy nie żałuje wejścia w sport, który tak go zniszczył? — dopytuję.
— Ostatnio, jak leżał w ciężkim stanie na kardiologii w Opolu, zażartowałem: “no widzisz? I po co ci to wszystko było”. Stwierdził, że nigdy by nie zmienił drogi którą poszedł, mimo tego, co teraz przechodzi. Opowiada, że to były piękne lata i ciepło je wspomina — mówi pan Michał.