NFL
To ma być “młot”.
Przez długi czas projekt ustawy wymierzonej w rosyjską gospodarkę funkcjonował głównie w politycznych kuluarach. Dokument, określany nieoficjalnie jako „młot na Rosję”, był efektem wielomiesięcznej pracy ponadpartyjnej grupy senatorów, ale realne szanse na jego przegłosowanie blokowało stanowisko samego Donalda Trumpa. Od wiosny 2025 roku prezydent Stanów Zjednoczonych hamował prace nad regulacjami, mimo wyraźnej presji ze strony własnego obozu politycznego.
Sytuacja zmieniła się na początku stycznia. Republikański senator Lindsey Graham poinformował 7 stycznia media, że po rozmowie z Donaldem Trumpem zapadła polityczna decyzja o kontynuowaniu procesu legislacyjnego. Jak przekazał Graham, było to „bardzo produktywne spotkanie” dotyczące wielu kwestii, po którym pojawiło się zielone światło dla ustawy, nad którą pracował od miesięcy wspólnie z senatorem Richardem Blumenthalem oraz innymi politykami. W Waszyngtonie zaczęto mówić, że Kongres może zająć się dokumentem jeszcze w tym tygodniu.
Dopiero na tym etapie zaczęły wybrzmiewać konkretne założenia projektu. Lindsey Graham otwarcie podkreślał, że nowe przepisy mają umożliwić prezydentowi karanie państw, które kupują tanią rosyjską ropę i w ten sposób zasilają machinę wojenną Władimira Putina. Chodzi przede wszystkim o Chiny, Indie i Brazylię, czyli kraje, na których od momentu inwazji na Ukrainę opiera się znacząca część rosyjskiego eksportu surowców energetycznych.
Zadowolenia z kierunku zmian nie krył także republikański senator Brian Fitzpatrick. W rozmowie z dziennikiem „New York Post” mówił wprost, że jest dumny z ustawy i z tego, iż prezydent realnie chce doprowadzić do jej przegłosowania. Fitzpatrick zaznaczał jednocześnie, że wobec Rosji należy zrobić wszystko, co możliwe, aby zdusić jej gospodarkę, bo tylko w ten sposób Kreml może zostać zmuszony do podjęcia prawdziwych negocjacji z Ukrainą.
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że jeszcze w minionym roku otoczenie Trumpa zabiegało o poprawki, które dawałyby prezydentowi większą swobodę w decydowaniu o uruchamianiu lub wstrzymywaniu sankcji. Biały Dom, informując o zgodzie na finalizację prac nad ustawą, nie sprecyzował jednak, czy takie zapisy ostatecznie znalazły się w dokumencie.
Zmiana stanowiska Donalda Trumpa nie była przypadkowa. Przez wiele miesięcy prezydent wierzył, że jego osobiste relacje z Władimirem Putinem oraz bezpośrednia mediacja wystarczą do zakończenia wojny w Ukrainie. Wiosną 2025 roku Trump był przekonany o dobrych intencjach Kremla i sądził, że „przyjaźń” z rosyjskim przywódcą pozwoli szybko doprowadzić do porozumienia.
Równocześnie relacje z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim pozostawały bardzo napięte, czego symbolem była głośna awantura w Białym Domu 28 lutego ubiegłego roku. Drugim powodem wstrzymywania ustawy była świadomość jej skali. Administracja obawiała się, że tak silne uderzenie w rosyjski sektor energetyczny może zniechęcić Kreml do rozmów pokojowych i doprowadzić do dalszego usztywnienia stanowiska Moskwy.
Trump liczył także na szybki sukces polityczny. Zakończenie wojny w ciągu pierwszych 100 dni drugiej kadencji miało wzmocnić jego pozycję międzynarodową i zwiększyć szanse na Pokojową Nagrodę Nobla. Ten plan jednak się nie powiódł, a rozczarowanie brakiem postępów okazało się jednym z czynników, które ostatecznie otworzyły drogę do zgody na sankcje.
Rosyjski sektor energetyczny pod presją nowych regulacji
Projekt ustawy zakłada wprowadzenie 500‑procentowych ceł oraz tzw. sankcji drugiego rzędu wobec każdego kraju, który handluje rosyjskimi surowcami energetycznymi. W praktyce oznacza to niemal całkowite odcięcie wymiany handlowej z państwem objętym restrykcjami. Co istotne, regulacje nie uderzają bezpośrednio w Rosję, lecz w kraje i firmy, które omijają dotychczasowe sankcje, korzystając z rozwiązań logistycznych i prawnych.
Mecenas Tomasz Włostowski, prawnik i ekspert od sankcji oraz polityki handlowej Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, tłumaczył w rozmowie z Interią, że „to jest wyjście całkowicie poza rynek ropy i produktów ropopochodnych”. Jak dodawał, przekaz administracji Trumpa jest jasny: jeśli państwo sprzeciwia się, kupując rosyjską ropę, Stany Zjednoczone mogą zamknąć z nim całą wymianę handlową, a taka konfrontacja nikomu się nie opłaca.
Celem tych działań jest wywołanie globalnego „efektu mrożącego”, który uczyni rosyjskie surowce energetyczne nieatrakcyjnymi dla potencjalnych nabywców. Państwa handlujące z USA musiałyby nie tylko same zrezygnować z importu rosyjskiej ropy, ale także aktywnie kontrolować i karać własne firmy pomagające Kremlowi w omijaniu sankcji.
Dla Rosji to szczególnie groźny moment. Historycznie wpływy ze sprzedaży surowców energetycznych stanowiły od 30 do 45 procent budżetu państwa, a w ostatnich latach sektor ten odpowiadał nawet za ponad połowę przychodów z eksportu. Rok 2025 przyniósł jednak spadek dochodów budżetowych o 20–25 procent oraz wyraźne ograniczenie eksportu. Dodatkowo Chiny po raz pierwszy od wybuchu wojny w Ukrainie zmniejszyły zakupy rosyjskiej ropy, a wartość transakcji spadła aż o 20 procent.
Wszystko to sprawia, że energetyka, dotąd największy atut rosyjskiej gospodarki, staje się jej najbardziej wrażliwym punktem. Jak podkreślał mecenas Tomasz Włostowski w rozmowie z Interią, taki scenariusz byłby dla Kremla druzgocący. Zgoda Donalda Trumpa na uruchomienie „młota na Rosję” sprawia, że ten scenariusz jest dziś bliżej realizacji niż kiedykolwiek wcześniej.