Connect with us

NFL

Świat z podziwem patrzył na dokonania władcy. Do czasu Więcej ➡️

Published

on

W kraju, w którym ludzie głodowali, sprowadzał z Paryża wino, jedwab i służbę. W dżungli kazał wznieść pałac i lotnisko, na którym mógł lądować Concorde. Na jego rozkaz miliony obywateli zmieniły nazwiska, by narodził się “nowy naród”. Świat z podziwem patrzył na dokonania władcy. Do czasu. Bo ten spektakl, choć momentami olśniewający, musiał skończyć się tragicznie.

Kiedy przebywał w jednym ze swoich pałaców, na głowie miał czapkę z lamparta. Symbol siły, władzy i niepodzielnego panowania. Chciał, aby tak właśnie go widziano. Miał być lwem wśród ludzi, niezłomnym przywódcą, który stoi ponad codziennością. Już dawno nie był prezydentem. Stał się symbolem, ojcem narodu, wodzem i ucieleśnieniem zairskiego ducha. A kraj, którym władał, stał się sceną, na której polityka, propaganda, a nawet sport zlały się w jedno widowisko, które za zadanie miało pokazać światu siłę afrykańskiego państwa.

Joseph-Desire Mobutu, bo o nim mowa, nie pojawił się znikąd. Jego droga była ukształtowana doświadczeniami wojskowymi, zagranicznymi, a nawet medialnymi. W 1949 r. wstąpił do armii kolonialnej Belgii, gdzie szybko awansował. Była to dla niego szkoła dyscypliny, gdzie uczył się też jak budować wpływy i panować nad ludźmi. Zrozumiał też, że siła militarna i władza to fundament do kariery.

W 1956 r. rozpoczął karierę medialną. Najpierw pracował w gazecie “L’Avenir”, a następnie w “Actualites Africaines”, gdzie pisał pod pseudonimem “de Banzy”. To tam pojął znaczenie propagandy, kreowania wizerunku i wpływu na opinię publiczną. W młodości wyjechał także do Belgii, gdzie uczestniczył w szkoleniach, poznając europejskie metody zarządzania i taktyki polityczne. To właśnie ten pobyt w Europie wzmocnił jego pragnienie, aby stać się kimś, kto napisze historię swojego narodu.

Kluczowy w jego biografii okazał się rok 1960. To wtedy w pełnym niestabilności politycznej Kongo Mobutu przeprowadził zamach stanu, ale niedługo później oddał władzę cywilom. Chaos po rządach Patrice’a Lumumby sprawiał, że kraj, który dopiero co odzyskał niepodległość, był podatny na rządy silnej ręki. Mobutu to wykorzystał i w 1965 r. przeprowadził kolejny pucz, obalił Josepha Kasayubu i ogłosił się prezydentem. Obiecał przy tym autentyczność i rozliczenie się z kolonialnymi wpływami, rozwiązał partie polityczne i objął stanowisko szefa rządu.

Początek jego rządów był obiecujący. Doprowadził bowiem do stabilizacji kraju, znacjonalizował kopalnie miedzi i sprowadził zagranicznych inwestorów. Potem jednak Mobutu wprowadzał coraz większy kult jednostki. Założył Ludowy Ruch Rewolucji, który stał się jedyną legalną partią, a nowe prawo sprawiało, że każdy nowo narodzony obywatel stawał się jej członkiem.

Jednym z głównych celów prezydenta była też polityka afrykańskiej autentyczności. W jej ramach zmieniał nazwy pochodzące z języków kolonialnych na afrykańskie. W 1971 r. dokonał dwóch przełomowych zmian. Po pierwsze zdecydował, że kraj nie będzie nazywać się już Kongo, a zamiast tego na mapach pojawił się Zair. Jakby tego było mało, zmienił też własne imię i nazwisko. Od teraz stał się Mobutu Sese Seko Kuku Ngbendu wa za Banga, co w tłumaczeniu znaczy “Wszechpotężny wojownik, który nie zaznał porażki z powodu swej niezwykłej wytrzymałości i niezłomnej woli i który, krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa, pozostawia za sobą zgliszcza”.

Kolejnym krokiem była zmiana nazw miejscowości. To wówczas stolicę Leopoldville przemianowano na Kinszasę. Obywatele dostali też 48 godzin na to, aby zmienić własne imiona i nazwiska, a garnitury ustąpiły miejsca ludowym strojom. Był to też początek mobutyzmu, czyli nowej religii, w której centrum stał sam Mobutu.

Rumble in the Jungle
Był rok 1974. Kinszasa. To była noc, w której cały świat patrzył na Zair. W ringu dwie bokserskie legendy: Muhammad Ali i George Foreman. Pojedynek stulecia, którego Mobutu był reżyserem. To on sprowadził gigantów do Afryki i to on zapłacił za to 10 mln dol., z czego połowę z budżetu państwa. Nie chodziło bowiem o sport, a o legendę.

Władca pojawił się w blasku reflektorów, oczywiście w panterkowej czapce, witany przez 60 tys. widzów. Sama walka była dramatycznym widowiskiem. Foreman, wielki faworyt, dominował na początku, jednak Ali zastosował taktykę “rope-a-dope”. Polegała ona na tym, że pozwolił rywalowi wyczerpać się w ataku, osłabiając jego siły, a następnie w ósmej rundzie przeprowadził kontratak, nokautując Foremana i zdobywając mistrzowski pas. Na stadionie zapanowała euforia, a walkę oglądał cały świat.

Tak relacjonował ją magazyn “Time” w wydaniu z listopada 1974 r.:

Ali stanął wzdłuż lin, dokładnie tam, gdzie Foreman chciał widzieć przeciwnika. Rzeczywiście, z właściwym sobie autorytetem, Foreman zaczął zadawać ciosy w tułów Alego. Niektóre z ciosów Foremana odbijały się od ramion i rękawic Alego, a żaden nie trafił w twarz, ale wydawało się, że to tylko kwestia czasu, zanim brzuch Alego zamieni się w miazgę.

Ali wydawał się tym zupełnie nie przejmować. Wykrzykiwał zaczepki do Foremana. “Nie możesz mnie zranić!” — wrzeszczał Ali. “Bijesz jak mięczak”. Wkrótce stało się jasne, że Ali zastawił pułapkę. Całe lato i jesień rozwijał mięśnie brzucha, stosując wyczerpujący program ćwiczeń kalistenicznych, spędzając godzinę każdego ranka na hartowaniu brzucha, robiąc brzuszki z nogami uniesionymi pod kątem 45 stopni lub poruszając kończynami w przód i w tył, niczym pedałując na rowerze. Teraz po prostu pozwalał Foremanowi uderzać się w to żelazne ciało. “Chciałem, żeby oddawał swoje najlepsze ciosy” — powiedział później Ali.

Właśnie to zrobił Foreman. W duszną, tropikalną noc, ciosy Foremana szybko straciły na sile. Zmęczony, zaczął dziko wymachiwać rękami, często chybiając, obracając się z rozpędu niczym pijany. Ali wykorzystał słabą obronę Foremana, raz po raz odbijając się od lin i raz po raz zasypując wyczerpanego mistrza błyskawicznymi kombinacjami ciosów w głowę.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 UKfoxnews