NFL
Ciągle krytykowała Karola Nawrockiego. Dostała list z Pałacu. Żarty się skończyły
W polityce czasem wystarczy jedno zdanie, żeby rozpętać dyskusję na kilka dni. Tym razem poszło o noworoczne orędzie Karola Nawrockiego i o to, jak prezydent opisał wybór dokonany przez Polaków. Wątek podchwyciła Joanna Szczepkowska, znana z ostrych komentarzy i publicznych reakcji na sprawy państwowe. A kiedy emocje jeszcze nie opadły, aktorka ujawniła, że dostała długi, starannie przygotowany list od osoby związanej z Pałacem. I tu zrobiło się naprawdę głośno, bo w tej historii nie chodzi już tylko o jedno przemówienie, ale o spór o język, symbole i „lekcje” z historii.
W swoim pierwszym prezydenckim wystąpieniu noworocznym Karol Nawrocki mówił o urzędzie jako zobowiązaniu, nie nagrodzie. Ustawił ton przemówienia w sposób klasyczny: wdzięczność, odpowiedzialność, zapowiedź pracy i priorytety na kolejny rok. Pojawiły się też hasła, które łatwo zapadają w pamięć, bo są proste i mocne: rozwój, bezpieczeństwo, lepsze życie. Prezydent podkreślał też znaczenie decyzji wyborców i to, że – w jego ujęciu – Polacy dali jasny sygnał, że chcą zmiany kierunku.
właśnie to „jasno” stało się dla części odbiorców zapalnikiem. Bo w słowie „jasno” słychać sugestię powszechnej zgody, a w Polsce zgody w polityce nie ma praktycznie nigdy. Orędzie, które miało domknąć rok i otworzyć następny, zostało więc odczytane przez jednych jako normalny, prezydencki komunikat, a przez innych jako mocno postawiona teza o mandacie.
Joanna Szczepkowska zareagowała publicznie i zrobiła to w sposób, który od razu poszedł w internet: nie na zasadzie „podoba mi się / nie podoba mi się”, tylko przez wskazanie konkretu. Jej uwaga dotyczyła tego, że sformułowanie o „jasnym głosie Polaków” upraszcza obraz wyborów, bo wynik był bardzo ciasny. Aktorka przypomniała różnicę między kandydatami – 1,19 punktu procentowego – i podkreślała, że był to najmniejszy dystans od 1990 roku.
To uderza w samo serce politycznych opowieści. Bo polityk w orędziu buduje narrację: „mamy mandat, mamy kierunek, idziemy”. A krytyk mówi: „spokojnie, to nie był marsz całego kraju w jedną stronę, tylko minimalna przewaga”. Szczepkowska zagrała tu rolą, którą często przyjmuje: osoby, która wyciąga z emocjonalnego przekazu jeden fragment i sprawdza go na zimno, w świetle proporcji.
„Artystka została pouczona”. Pojawił się list i od razu zrobiło się jeszcze bardziej nerwowo
Kiedy wydawało się, że temat zostanie jak zwykle przeżuty i zapomniany, Szczepkowska dorzuciła kolejną informację. Ujawniła, że dotarła do niej obszerna korespondencja od prof. Andrzeja Nowaka, przedstawianego jako doradca prezydenta Karola Nawrockiego. Co ciekawe, list miał trafić do niej nie bezpośrednio, ale za pośrednictwem aktora Stanisława Brejdyganta. Już sam ten detal sprawił, że ludzie zaczęli dyskutować nie tylko o treści, ale też o formie: dlaczego tak, po co tak, co to ma znaczyć.
Aktorka opisała list jako długi, erudycyjny, a przy tym napisany w tonie, który odebrała jako „wychowawczy”. Z jej relacji wynika, że autor zaczyna od słów uznania, po czym przechodzi do wyjaśnień, czym jest kultura i jak należy patrzeć na dziedzictwo – w tym na postać Bolesława Chrobrego. Szczepkowska ujęła to wprost: w jej odczuciu została pouczona, gdzie są granice dopuszczalnej krytyki, a gdzie zaczyna się coś, co „nie mieści się w kanonach kultury”.
Tu robi się ciekawie, bo to klasyczny konflikt dwóch temperamentów. Z jednej strony język urzędowy, w którym historia bywa fundamentem wspólnoty, symbole są nietykalne, a państwowa opowieść powinna trzymać formę. Z drugiej strony artystka, która nie lubi, kiedy ktoś mówi jej, jak ma myśleć i jakich słów może użyć, zwłaszcza gdy dotyczy to spraw publicznych. Nawet jeśli list miał być spokojną odpowiedzią, w odbiorze Szczepkowskiej stał się próbą ustawienia dyskusji
Ten wątek trafił na podatny grunt, bo dotyka czegoś, co w Polsce wraca regularnie: czy władza ma prawo moralizować i „wychowywać” krytyków, a jeśli tak – w jakiej formie. Jedni powiedzą: normalne, że doradca prezydenta odpowiada na publiczne zarzuty, zwłaszcza jeśli idą w stronę historii i symboli. Inni zobaczą w tym sygnał: „uważajcie, bo ktoś wam zaraz wyjaśni, jak macie rozumieć kulturę”.
Wszystko to dzieje się na oczach ludzi, którzy i tak są już zmęczeni polaryzacją. Dlatego list – nawet jeśli napisany spokojnie – mógł zostać odebrany jak kolejny element przeciągania liny. A Szczepkowska, publikując fragmenty opisu tej sytuacji, zrobiła rzecz typową dla mediów społecznościowych: przeniosła sprawę z gabinetów do internetu, gdzie ton nadają emocje, ironia i błyskawiczne osądy.
W praktyce wyszło na to, że jedno orędzie uruchomiło dwa równoległe spory. Pierwszy: o mandat i sposób opisywania wyniku wyborów. Drugi: o to, czy rozmowa o historii ma być otwarta, czy „pilnowana” przez autorytety. I chyba właśnie dlatego ta korespondencja tak mocno przyciąga uwagę – bo wygląda jak starcie dwóch porządków: urzędu i wolnej riposty.