NFL
Viki Gabor pobyła żoną zaledwie dwa tygodnie, a tu takie wieści. Ludzie podejrzewali już wcześniej
Jeszcze nie opadł kurz po głośnych doniesieniach o ślubie Viki Gabor i Giovanniego Trojanka, a internet już żyje kolejną zagadką. Tym razem nie chodzi o to, czy ceremonia faktycznie się odbyła, ani o to, jak wyglądały kulisy rodzinnych tradycji. Największe emocje wzbudził prosty gest Viki – najpierw zniknęła z sieci i usunęła wszystkie zdjęcia, a potem wróciła, wrzuciła dwa nowe ujęcia i podpisała je jednym, krótkim: „OK.” Wydawałoby się, że to nic. A jednak w komentarzach momentalnie wybuchła burza, bo ludzie zaczęli pytać o jedno: gdzie jest Giovanni.
Cała historia zaczęła się pod koniec zeszłego roku, gdy do mediów trafiła niespodziewana informacja o tym, że Viki Gabor i Giovanni Trojanek mieli wziąć ślub. W przestrzeni publicznej jako pierwszy opowiedział o tym Bogdan Trojanek, dziadek Giovanniego, który nie tylko przekazał radosne wieści, ale mówił też o ceremonii „według tradycji”. To wystarczyło, by temat błyskawicznie rozlał się po portalach i mediach społecznościowych. W tle pojawiły się kolejne wypowiedzi, kolejne szczegóły i atmosfera, w której jedna wiadomość nakręcała następną. I choć dla fanów artystki najważniejsze było jedno – czy sama Viki coś potwierdzi – to ona długo nie dawała jasnej odpowiedzi, a jej reakcje tylko podgrzewały ciekawość
Z czasem pojawił się wątek, który dolał oliwy do ognia: Bogdan Trojanek w rozmowach z mediami sugerował, że decyzja miała zapaść bez rozgłosu, a nawet w tajemnicy przed częścią rodziny. To właśnie wtedy temat przestał być jedynie „ciekawostką” i zaczął żyć jak plotka z najwyższej półki – z domysłami, pytaniami i interpretacjami. W sieci zaczęto rozbierać na czynniki pierwsze każdy szczegół: kto wiedział, kto nie wiedział, czy rodzice byli w to włączeni, co dalej z rzekomo planowanym, większym świętowaniem. W tym wszystkim Viki wyglądała na osobę, która ma już dość zamieszania. Najpierw pojawił się moment, gdy wokalistka miała zareagować ostro na pytania o temat, a potem nastąpił ruch, którego nikt się nie spodziewał – wyczyszczenie Instagrama i cisza.
No, nie wiecie nic [o naszej kulturze], ale ja nie muszę się nikomu z niczego tłumaczyć. Życzę wam szczęścia w życiu”.
Ten cytat krążył później w sieci jako coś w rodzaju jasnego sygnału: Viki nie zamierza robić z życia prywatnego serialu dla widzów, nawet jeśli temat jest głośny.
Viki Gabor zniknęła, a potem wróciła z jednym słowem: „OK.”
Kiedy przez chwilę było cicho, część osób uznała, że sprawa po prostu przygaśnie. Tyle że nie przygasła, bo Viki wróciła do social mediów i wrzuciła dwa nowe zdjęcia. Nie było w nich żadnego wyjaśnienia, żadnego „dziękuję”, żadnego komentarza do wcześniejszego zamieszania. Tylko fotografia, stylizacja i podpis, który dla jednych brzmiał jak żart, dla innych jak prowokacja, a dla jeszcze innych jak chłodny komunikat do świata: „OK.” Fani szybko zauważyli, że artystka pozuje w futrze i kozakach, siedząc na kanapie. I choć część komentujących po prostu cieszyła się, że wróciła, to temat ślubu wrócił w sekundę, bo skoro Viki jest, to gdzie jest jej mąż.
„A gdzie Giovanni?” Komentarze mówią same za siebie
Pod postem błyskawicznie pojawiły się pytania o Giovanniego. Niektóre były lekkie, inne bardziej złośliwe, jeszcze inne wyglądały jak szczera ciekawość ludzi, którzy próbują zrozumieć, co właściwie dzieje się w tej historii. W komentarzach przewijały się teksty w stylu: „A gdzie Giovanni?”, „Giovanni będzie?”, „Już się ulotnił?”. To pokazuje coś bardzo prostego: kiedy w przestrzeni publicznej pojawia się informacja o ślubie gwiazdy, część odbiorców automatycznie oczekuje „ciągu dalszego”, najlepiej w formie wspólnych zdjęć, relacji, potwierdzeń i małych scenek z codzienności. Problem w tym, że Viki od początku daje sygnał, że ona tak grać nie chce.
I tu pojawia się najważniejszy wniosek z całej sytuacji: brak Giovanniego w social mediach nie musi znaczyć niczego sensacyjnego. Może oznaczać dokładnie to, co wielu podejrzewało wcześniej – że on po prostu nie chce być obecny w tej przestrzeni, a ona nie zamierza go „wystawiać” na widok publiczny. Tyle że internet nie lubi pustych miejsc. Gdy czegoś brakuje, natychmiast dopisuje własne scenariusze.
Viki Gabor milczy i konsekwentnie trzyma granice
Najbardziej charakterystyczne w tej historii jest to, że Viki nie podjęła gry w tłumaczenia. Nie odpowiedziała na pytania o męża, nie dopisała żadnego zdania, które zamknęłoby temat. Zostawiła ludzi z jednym słowem i zdjęciami, a resztę – w domyśle – ma dopowiedzieć sobie publiczność. Dla jednych to frustrujące, bo „wszyscy chcą wiedzieć”. Dla innych to wręcz odświeżające, bo pokazuje rzadką dziś konsekwencję: to, co prywatne, zostaje prywatne, nawet jeśli media próbują zrobić z tego codzienny serial.
Na razie więc wygląda na to, że jeśli ktoś liczy na to, że Viki zacznie publikować romantyczne kadry z Giovannim i opowiadać o małżeństwie w relacjach, może się przeliczyć. A że internet lubi naciskać, temat zapewne jeszcze wróci. Zwłaszcza jeśli Viki znów zniknie na chwilę albo wrzuci kolejny „wymowny” podpis, który każdy przeczyta po swojemu.