NFL
TYLKO U NAS!
Izabela Janachowska to jeden z nielicznych przypadków w polskim show-biznesie, gdzie metamorfoza z „dziewczyny z telewizji” w poważną bizneswoman naprawdę się udała. Większość z nas kojarzy ją jeszcze z parkietu „Tańca z Gwiazdami”, gdzie jako profesjonalna tancerka wyciskała siódme poty z celebrytów. Wydawało się, że to jej sufit, ale życie napisało inny scenariusz. Kiedy kontuzja kolana brutalnie przerwała jej karierę sportową, Janachowska nie usiadła na kanapie, by rozpamiętywać dawne sukcesy. Zrobiła coś, co w tej branży udaje się nielicznym: wymyśliła siebie zupełnie na nowo.
Postawiła na branżę ślubną, która jeszcze dekadę temu kojarzyła się u nas głównie z przaśną biesiadą. Janachowska wjechała w ten świat cała na biało, dosłownie i w przenośni. Zaczynała od bloga, ale szybko zamieniła go w ślubne imperium. Programy w TVN Style, w których ratowała wesela na ostatnią chwilę, stały się hitem, bo wypełniły lukę między marzeniami o luksusie a polską rzeczywistością. Dziś jej nazwisko to w zasadzie synonim słowa „ślub”. Ma własny portal, kanał na YouTube i luksusowy salon z sukniami, w którym ubierają się największe gwiazdy.
Jej droga to klasyczny przykład na to, jak przekuć pasję w twardy biznes. Kiedy wróciła do Polsatu, nie weszła już na parkiet jako tancerka, ale jako gospodyni całego show. To był jasny komunikat: zmieniłam hierarchię, teraz to ja tu rządzę. I choć portale plotkarskie lubią zaglądać jej do portfela czy liczyć luksusowe torebki, trudno nie zauważyć, że za tym wszystkim stoi po prostu ogromna pracowitość. Janachowska udowadnia, że celebryctwo może mieć termin przydatności, ale dobrze zarządzana marka osobista – już nie. Nie odcina kuponów od dawnej sławy, tylko konsekwentnie dominuje w swojej niszy. To historia o tym, że zamknięcie jednych drzwi, nawet tych do kariery sportowej, może być najlepszym, co nas w życiu spotka, o ile tylko ma się nosa do interesów i odwagę, by zaryzykować wszystko na nową kartę.
Nawet najbogatsi Polacy czasem rezygnują z luksusowych limuzyn na rzecz PKP. Izabela Janachowska wraz z mężem, synem i grupą znajomych wybrała się na szybki wypad do Sopotu. Zamiast prywatnego szofera postawili na Pendolino, a za bazę wypadową posłużył im sprawdzony Hotel Sheraton. Choć na co dzień kojarzymy ich z przepychem, ta nadmorska wycieczka miała w sobie sporo z życia zwykłych śmiertelników – no, może z kilkoma kosztownymi wyjątkami.
Ciekawie zrobiło się pod hotelem i na dworcu. Krzysztof Jabłoński dzielnie pełnił funkcję rodzinnego tragarza, pakując walizki wszystkich domowników do taksówki. Sama Janachowska postawiła na pełen luz. Celebrytka zaprezentowała się w wersji saute, bez makijażu, za to z solidną warstwą kremu na twarzy, co w ostrym słońcu dawało efekt mocnego błysku. Czekając na pociąg, Izabela wpadła do francuskiej piekarni. Razem z koleżanką urządziły sobie mały test jakości – wąchały pieczywo, robiąc przy tym zabawne miny, po czym ze smakiem zabrały się za jedzenie. Co ważne, po przekąsce gwiazda grzecznie sprzątnęła po sobie, wyrzucając papierki do kosza na peronie.
Największy kontrast widać było jednak w stylizacji i samym momencie wsiadania do pociągu. Tym razem mąż nie bawił się w dżentelmena i wszedł do wagonu pierwszy, zostawiając żonę z bagażem. Janachowska musiała więc sama dźwigać walizkę, co wyglądało dość osobliwie, biorąc pod uwagę, że na ramieniu dyndał jej majątek. Miała ze sobą legendarną torebkę Hermes Birkin 30, której cena potrafi zwalić z nóg – model ten kosztuje od 70 do nawet 120 tysięcy złotych. Dla równowagi, na dłoniach miała całkiem „budżetowe” (jak na standardy milionerów) rękawiczki marki Bizuu za 299 zł. Jak widać, nawet mając fortunę na ramieniu, czasem trzeba po prostu samodzielnie wtachać bagaż po wąskich schodkach pociągu.