NFL
Właściciele na długo zapamiętają tą sytuację
Spacer z Amperem rozpoczął się standardowo około godziny 16:00. Niestety, zaledwie 30 minut później mąż wrócił do domu sam, informując, że stracił zwierzę z oczu. Mimo podjętych prób, nie udało mu się odnaleźć 10-letniego golden retrievera w pobliżu osiedla. Mężczyzna relacjonował, że pies „pobiegł w stronę polany”, po czym zniknął mu z pola widzenia. Dodał nerwowo: „Szukałem go, nigdzie go nie ma”, podkreślając bezskuteczność swoich działań. Chwilę później padło kluczowe, pełne napięcia pytanie skierowane do żony: „Pomożesz go szukać?”. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna, ponieważ podczas poszukiwań robiło się ciemno i chłodniej. Warunki atmosferyczne były trudne, a temperatura szybko spadła poniżej zera stopni Celsjusza, co utrudniało mężowi odnalezienie psa.
Żona zareagowała błyskawicznie, będąc gotowa do wyjścia w ciągu zaledwie minuty. Po opuszczeniu klatki właściciele rozdzielili się i udali w ulubione miejsca Ampera, cały czas utrzymując kontakt telefoniczny. Właścicielka żałowała, że nie użyła sieci wcześniej, a w opisie zaznaczyła, że pies ma chipa, jest łagodny i reaguje na imię. Zaledwie pięć minut po publikacji pojawiły się pierwsze wiadomości. Właściciele natychmiast wsiedli w samochód i pojechali we wskazanym kierunku, aby odebrać Ampera. Na miejscu serdecznie podziękowali osobom, które zaopiekowały się ich zgubą. Wcześniejsze wiadomości potwierdziły, że ktoś widział psa.
Wobec braku efektów poszukiwań fizycznych, właścicielka postanowiła wykorzystać media społecznościowe jako ostatnią deskę ratunku.
Na lokalne grupy trafiło zdjęcie Ampera z informacją, że zwierzę ma chipa i reaguje na wołanie po imieniu. Podkreślono również, że pies jest łagodny, co miało ułatwić kontakt. Wkrótce skrzynka odbiorcza zapełniła się prywatnymi wiadomościami.
Najpierw psem zaopiekował się ochroniarz, choć wcześniej mąż stracił go z oczu. Następnie Ampera przejęli państwo, którzy dali znać na Facebooku, że jest bezpieczny, dzięki czemu właściciele mogli go odebrać.
Wobec braku efektów poszukiwań fizycznych, właścicielka postanowiła wykorzystać media społecznościowe jako ostatnią deskę ratunku. Na lokalne grupy trafiło zdjęcie Ampera z informacją, że zwierzę ma chipa i reaguje na wołanie po imieniu. Podkreślono również, że pies jest łagodny, co miało ułatwić kontakt. Wkrótce skrzynka odbiorcza zapełniła się prywatnymi wiadomościami.
Najpierw psem zaopiekował się ochroniarz, choć wcześniej mąż stracił go z oczu. Następnie Ampera przejęli państwo, którzy dali znać na Facebooku, że jest bezpieczny, dzięki czemu właściciele mogli go odebrać. Właściciele doszli do wniosku, że mimo wszechobecnego hejtu i fake newsów, internet potrafi pozytywnie zaskoczyć w sytuacjach kryzysowych. Uznali oni siłę wirtualnej społeczności za absolutnie nieocenioną.
Finał całej akcji był możliwy tylko dzięki temu, że Ampera przejęli odpowiedzialni ludzie, reagując na apele w sieci.