NFL
Te sumy mogą szokować
Przez lata temat tantiem był dla przeciętnego odbiorcy czarną magią, ale ostatnie spory z platformami streamingowymi i walka o nowelizację prawa autorskiego sprawiły, że w końcu zaczęliśmy o tym rozmawiać konkretnie. To nigdy nie była żadna darowizna ani „bonus” dla artystów. To po prostu wynagrodzenie za wykonaną pracę, które twórcom należało się jak psu buda. Mechanizm był prosty: jeśli radio grało piosenkę, a kino puszczało film, twórcy musieli dostać za to swój procent. W praktyce system ten działał przez pośredników, czyli organizacje zbiorowego zarządzania, takie jak ZAIKS czy ZASP. To one brały na siebie użeranie się z nadawcami, ściągały opłaty i po odliczeniu kosztów własnych, przelewały pieniądze autorom, reżyserom czy wykonawcom. Co istotne, te pieniądze nie znikały wraz ze śmiercią artysty. Przez 70 lat prawa majątkowe przechodziły na spadkobierców, co dla wielu rodzin stanowiło jedyne realne zabezpieczenie finansowe.
Ostatnio sporo namieszały nowe technologie. Z jednej strony mieliśmy serwisy streamingowe, które przez długi czas unikały płacenia godziwych stawek, z drugiej – pojawiły się inteligentne kontrakty i NFT. Tam twórca mógł pominąć wszystkich urzędników i sam ustawić procent, który wpadał mu na konto automatycznie przy każdej kolejnej odsprzedaży dzieła. To była rewolucja, która pokazała, że stary system musi się zmienić. Niezależnie od formy – czy był to przelew z organizacji, czy automatyczna transakcja w sieci – tantiemy zawsze podlegały opodatkowaniu jako przychód z praw majątkowych. Były dowodem na to, że praca intelektualna ma swoją wymierną cenę, która nie kończy się w momencie oddania projektu do druku czy emisji w telewizji.
Polska branża muzyczna od lat opierała się na pieniądzach, o których głośno mówiło się rzadko, ale które budziły ogromną ciekawość. Chodzi o tantiemy, czyli realne zyski z tego, co słyszeliśmy w radiu czy telewizji. Z analiz, które trafiały do sieci, wynikało jasno: w Polsce najlepiej zarabiało się na legendach. Spadkobiercy takich gigantów jak Agnieszka Osiecka czy Romuald Lipko mogli liczyć na ogromne wpływy, bo dorobek tych artystów był eksploatowany niemal bez przerwy. Zasady gry były proste, choć dla wielu brutalne. Zgodnie z przepisami ZAiKS-u, rodzina mogła pobierać pieniądze przez 70 lat po śmierci autora. Dopiero po tym czasie twórczość trafiała do domeny publicznej. To sprawiało, że prawa autorskie stawały się swego rodzaju bezpieczną lokatą kapitału, która gwarantowała rodzinom spokój na całe pokolenia. Nie gorzej radziły sobie ikony, które wciąż widywaliśmy na scenach. Beata Kozidrak, Kayah czy Krzysztof Cugowski regularnie generowali obroty, o których przeciętny zjadacz chleba mógł tylko pomarzyć.
Największą zagadką pozostawały jednak konkretne kwoty. Organizacje zbiorowego zarządzania pilnowały, by szczegóły przelewów pozostały niejawne. Przeciętny obserwator musiał zadowolić się jedynie szacunkami opartymi na tym, jak często dany hit leciał w rozgłośniach. Wyjątkiem byli jedynie ci artyści, którzy z racji pełnionych funkcji publicznych musieli wpisywać swoje zarobki do oświadczeń majątkowych. Cały ten system przez dekady karmił polską kulturę i jej największe gwiazdy. Choć rynek się zmieniał, a do gry wchodziły nowe platformy, stare zasady wypłacania pieniędzy za każdą emisję utworu pozostawały fundamentem finansowym show-biznesu. To właśnie te ukryte miliony pozwalały branży trwać w luksusie, nawet gdy płyty przestały się sprzedawać.
Pieniądze gwiazd od zawsze budziły większe emocje niż ich nowe płyty, a kiedy w mediach zaczęły krążyć konkretne kwoty za same tantiemy, w sieci zawrzało. To czysty biznes – artysta pisze hit raz, a potem przez dekady odbiera przelewy za to, że radio puściło go do kotleta. Rekordziści w ubiegłym roku inkasowali sumy, o których zwykły śmiertelnik może tylko pomarzyć, a rankingi najbogatszych twórców pokazały, że emerytura muzyka wcale nie musi być głodowa.
Na dole drabinki, choć wciąż z solidnym zastrzykiem gotówki, wylądował Krzysztof Cugowski z kwotą około 120 tysięcy złotych rocznie. Nieco więcej, bo ponad 147 tysięcy, wyciągnął z dawnych hitów Paweł Kukiz, choć on akurat zanotował spory spadek formy finansowej względem dawnych lat. Prawdziwe żniwa zaczęły się jednak wyżej. Agnieszka Chylińska zainkasowała około 400 tysięcy złotych, a Muniek Staszczyk przyznał się do pół miliona. Co ciekawe, Kayah, Robert Gawliński i Jan Borysewicz dobili do magicznej granicy miliona złotych, udowadniając, że stare przeboje to najlepsza polisa ubezpieczeniowa.
Prawdziwa liga mistrzów należała jednak do autorów tekstów i spadkobierców wielkich nazwisk. Jacek Cygan i Seweryn Krajewski zarobili po milionie, ale to córka Agnieszki Osieckiej mogła liczyć na 1,5 miliona złotych. Tyle samo trafiało na konto Beaty Kozidrak, która dzięki setkom napisanych piosenek stała się finansową instytucją. Absolutnym liderem, nawet po śmierci, pozostał jednak Romuald Lipko – jego spadkobiercy otrzymali niewiarygodne 2,2 miliona złotych.
Wszystko to działo się w czasie, gdy w telewizji hulał już 7. sezon popularnego show, a branża muzyczna kolejny raz udowodniła, że jeden dobry tekst w młodości ustawia całe życie. Okazało się, że w Polsce najbardziej opłaca się pisać piosenki, które wszyscy znają na pamięć, bo to właśnie one generują pieniądze płynące na konta szerokim strumieniem, bez względu na to, czy artysta wciąż stoi na scenie, czy dawno z niej zszedł.